Kope lat... W trakcie pożegnalny Miałkówek, śmiesznie jak pies, szyba wybita, noc w samochodzie, molo o 3 nad ranem, debaty wszelakie, toasty za Polskę. No i przede wszystkim prawdziwy melanż ostateczny, bo w takim gronie się już nie spotkamy na pewno. Trochę to szkoda. Zdjęć z imprezy nie ma, ale mam za to poranne wściekłe psy u Zyty w dniu imprezy.
Maturka z franca była... No, była. Koło 80% myślę, że może być. Dzień przed, zamiast nauki, włączyłam sobie Les amours imaginaires, ale nawet nie obejrzałam, bo Pajac zawołał na kawkę, a że człowiek wszystko zrobi, byle nie robić nic, to nauki na tyle by było.
CHAŁUPY welcome to, POLACY NA WAKACJACH
Monday, party.
Tuesday, party.
Wednesday, party.
Thursday, party.
Friday, party.
Weekend, weekend, weekend, party.
Tuesday, party.
Wednesday, party.
Thursday, party.
Friday, party.
Weekend, weekend, weekend, party.
WTOREK
Podróż niezbyt długa, bardzo śmieszna, zakupy w Oszą, wpad do H&Mu (nieudany). Na miejscu człowiek się rozpakował i bach na plażę, a w sumie zatoczkę, ja nie tak sobie wyobrażałem morze Paula, potem nad morze normalne, najpierw w spodniach (zdjęć na szczęście brak), uchlapał się, Pajac to nawet w tym całym uzbrojeniu pływał, także prześmiesznie, potem obiadek - zupka i znowu plażing, zdjęcia już powstały. Wieczorem grillowanie, dzika impreza, tańce (w szpilkach!!) na molo, aż nam światło zapalili, densy na parkiecie (ehe) pod domkiem do przebojów typu Elle voulait jouer cabaret, wchodzenie do domku przez okno mimo otwartych (zamkniętych, ale nie na zamek) drzwi, i to obie numerantki, a na koniec noc w saloonie.
ŚRODA
Wstał człowiek rano, na śniadanie jajeczniczkę prawie pyszną wpierdzielił (z przyprawą do grilla, ale kto to patrzy), gość z Gdańska zawitał, zobaczył jak wygląda kupa głupich, poplażowalim, dupu po mieliźnie przeciągnięty człowiek za nogi, obiad za ciężkie dolary (a niedobry), Danka-Slash, a w ogóle to się na tym słońcu poprzypalali elegancko jak Polacy. Potem w nocy romantiko, pochodnie i szampan na plaży, a mróz nadludzki, i prezencik w postaci pierścioneczka ze SpongeBobem, wzruszenie miało miejsce. A o północy znowu ubrali się w koce, okulary, wzięli te pochodnie romantyczne i przez las nad morze poszli, zrobili zdjęcie i wrócili. Sens wyprawy po drodze zaginął gdzieś i nikt go nie zna.
CZWARTEK
Opalenie i spalenie ostateczne tego dnia miało miejsce, na wstyd ludzki zresztą (wyglądam, jakbym się opalała w podwiązce >.>), a reszta gówno lepsza, najpierw nad morzem w wilczych dołach, później zatoczka, śmiesznie niezmiernie, i kołysanki do tego. Pod wieczorek na Hel, plaża brudna, a zamiast morświnów - kojot (czy tam lis). Ale sympatiko, później zachód słońca, trochę nietrafiony, tańce nad brzegiem morza, znowu molo w Sopocie (jak i codziennie zresztą, kilka razy dziennie). Słodko. A, no i prawdziwy Polak Pajac na wakacjach, no chodząca słodycz.
PIĄTEK
Od rana pakowanka, molo w Sopocie dla odmiany, ucieczka morska, plac zabaw, pakowanie i do Ciechocinka na pizzę i ciacho, romantiko spacerek pod tężniami, i w ogóle bardzo prześmiesznie. Ich troje w głośnikach, ich czworo w samochodzie. Chciałoby się wrócić, chociaż człowiek fizycznie i finansowo zrujnowany, spalony na wiór, znienawidził całą muzykę świata (płyta Zyty x100). No ale musi pojechać jeszcze raz, bo wschodu słońca nie udało się zobaczyć.
A Pajac zostawił u mnie dokumenty od samochodu i radosny pojechał. Niedziela urodziny Zyty, Wtorek Warszawa, boże drogi. A potem Pajace jadą w świat i smuta wielka będzie.




















